[Najduszek] nie chciał się ubrać. Nie chciał umyć zębów. Nie chciał założyć butów. Czapki. Szalika. Rękawiczek. Kurtki. Nie chciał wyjść z domu. Nie chciał wsiąść do windy. Nie chciał wyjść z bloku. Nie chciał iść pieszo ani wsiąść do samochodu. Nie chciał wejść do przedszkola, do szatni, do sali.
Tytułowy bohater powieści Magdy Fres, prawie trzylatek, przedszkolak, bywa nieznośny i niegrzeczny. Ale jest też niezwykle bystry, dowcipny, wygadany, roztropny. Lubi klocki lego, ma swoje ulubione kanały w telewizji. Ponad wszystko jednak stawia słodycze, czekoladę, nutellę i ciastka zwane delicjami. To przecież moja wina, powie Julka, jego matka, urodziłam dziecko uzależnione od cukru, bo w ciąży miałam deprechę i codziennie wcinałam czekoladę. Do owego uzależnienia dołożyły się babcie, próbujące czekoladkami zasłużyć na miłość wnuka. Reszty dokonały reklamy. Inna rzecz, że mały negocjator wie, jak omamić dorosłych, by zdobyć to, co lubi najbardziej.
Rodzice, mieszkający w południowej dzielnicy Katowic (Julka, Edek) nazywają go Najduszkiem. Czule, z miłością. W języku śląskim jest słowo „najduch” i oznacza łobuza, psotnika, niegrzecznego, niesfornego, rozkapryszonego chłopca, który tylko patrzy, by coś nabroić. Śląskie babki i matki przeganiały takiego ścierką, mówiąc: Ty, najduchu. Jest więcej słów w śląskiej „godce”, którymi nazywano dzieciaki: podciep, miglanc, soroń, ciućmok, huncwot, miglanc, pyrtek, gizd. Każde słowo miało nieco inne znaczenie, ale żadne nie było obraźliwe, wręcz przeciwnie, zawsze wypowiadane z czułością, choć i czasami ze złością.
W języku polskim też istnieje słowo „najduch”, ale ma zdecydowanie pejoratywne znaczenia: bękart, znajda, podrzutek. Wartość emocjonalna tego samego słowa w polskim i śląskim zdecydowanie się różni. (więcej…)