Nastał w moich dniach Czas Konkretów.
Zapisuję w dzienniku tylko konkrety. Jeśli mi się zdarza coś mglistego, emocje, których nie potrafię nazwać, westchnienia, których nie udaje mi się zawiesić pomiędzy drzewem, a drzewem, wycinam, kasuję. Piszę, że byłam, widziałam, spotkałam, zjadłam, kupiłam, umyłam, przeczytałam. Jeśli mówię o przyszłości, też ograniczam się do konkretów, jakby przyszłość naprawdę zdarzyć się powinna. A więc pojadę, zobaczę, zrobię, wydrę, pogłaskam, kupię, oddam, pożegnam, odmówię, odwrócę się, pomogę. Najwięcej w moim pisaniu dniach, czasowników i rzeczowników, prawie wyeliminowałam przymiotniki.
Nie dlatego tak robię, bym nabrała pewności, że tylko co namacalne jest warte dotyku, ale po prostu mnie nastał we mnie Czas Konkretów. Być może i one psu na budę, jak niegdysiejsze śniegi i niegdysiejsze westchnienia, których po latach nie potrafię pojąć. I choć należę do gatunku pamiętliwych, czas zrobił swoje. Dlaczego płakałam, spać nie mogłam, siedziałam w kącie, wzdychałam, czekałam, paznokcie obgryzałam, teraz nie wiem. Nabrałam dystansu i widzę, że to za czym tęskniłam i bez czego sobie życia nie wyobrażałam, zupełnie mi było niepotrzebne. Mało tego: byłoby to dla mnie złe, gdybym się zawzięła i próbowała ucapić, dorwać, okiełznać.
0 komentarzy