Powieść dla młodzieży „Batoniki miękkie jak deszczówka” wydałam w roku 1994 w wydawnictwie „C&T Editions” w Toruniu. Dlaczego tam, to długa opowieść o przypadkach, które nie istnieją. Powiem tyle, że najpierw złożyłam ją w wydawnictwie „Akapit”, w Katowicach, otrzymałam wielce pochlebną recenzję (zachowałam do dzisiaj) i pismo, w którym odmówiono mi wydania, bo… Wytłumaczyłam sobie tę odmowę tak, że wydawnictwo nie chce zainwestować w nieznaną autorkę. Byłam już autorką zbioru opowiadań „Kapelusz zawsze zdejmuję ostatni”, przychylnie przyjętego przez krytykę, nagradzanego, a jakże. Nazwano mnie wówczas „odważną pisarką erotyczną”, powiadam o tym w ostatnio wydanej książce, wywiadzie-rzece (odpytuje mnie Jerzy Fryckowski) „Kto się kochał w Marcie Fox?”, wydanym w Wydawnictwie Naukowym „Śląsk”. Po wydaniu „Batoników” nazwano mnie „odważną pisarką młodzieżową”. Tak czy owak, byłam odważna.

Nie będę się powtarzać, kto ciekaw, przeczyta. Tam też wyjaśniam, dlaczego postanowiłam napisać powieść dla młodych.

Powieść stała się hitem, doczekała kilku wydań i wielu dodruków, jest do dzisiaj wznawiana i w ciągłej sprzedaży (wydawnictwo „Siedmioróg”). Napisałam 2 część, potem 3, jet też wydanie wszystkich części w jednym tomie.

Było mi jednak bardzo pod górkę. Bo moje oczekiwania rozmijały się z rzeczywistością. Zamieszczam poniżej kilka fragmentów z mojego dziennika z roku 1994, o tym właśnie. Jak ja to przetrwałam, kiedy znikąd nie miałam wsparcia? Widocznie tak, że po prostu robiłam swoje, a wsparcie otrzymałam ze strony Czytelników.

Zamieszczam okładkę I wydania powieści, autorstwa Zbigniewa Morzyńskiego.

*

Fragmenty mojego dziennika z roku 1994

30 stycznia 1994 roku, sobota

 

25 stycznia świętowałam swój wielki dzień – otrzymałam paczkę z Torunia z egzemplarzami autorskimi „Batoników Always…” Książka wydana ślicznie. Miałam nadzieję, że wszyscy wokół ucieszą się podobnie jak ja, że będą kwiaty i gratulacje. Dałam w szkole książkę J. biologowi, pogratulował, pokazał innym, ale nikt nie spojrzał. Każdy, naprawdę każdy namiętnie wpatrywał się w dzienniki lekcyjne. Fizyczka zapytała:  Czy to trzeba przeczytać? Oczywiście nikt nie zapytał, gdzie można kupić. I dobrze, bo powiedziałabym, że w jarzynowym.

*

„Batoniki Always…” będzie mi o wiele trudniej promować niż „Kapelusz…”, który został przyjęty życzliwie, bo to pierwsza moja książka i taki wybryk mógł mi się zdarzyć. Druga książka, wydana w profesjonalnym wydawnictwie, na umowę o dzieło, to będzie solą w oku zarówno kolegom po piórze, jeszcze bardziej koleżankom w szkole. Czuję, że milczenie będzie karą za wysuwanie głowy poza zagrodę. Upupienie mi się przyda. Obym się myliła.

 

17 lutego 1994, czwartek

 

Przyszedł list od J. Kupił książkę,  zdziwiony, zazdrości mi energii. On, taki młody. Cieszy się, że poprzez tę książkę mógł być znowu w moim domu.

*

  1. też kupił książkę, wiem, ale nie zatelefonował, by cokolwiek powiedzieć, widocznie jej nie ceni. Napisał tylko list – cały o roli pisarza, przemijaniu i beznadziejności, której brakuje talentu. Zrozumiałam.

To jego mówienie nie wprost. Bo on mówi zagadkami, więc jedynie wyczuwam atmosferę, snuję domysły i dopytuję siebie: co on ma mi za złe? Co złego zrobiłam?

Być może czuje się samotny i opuszczony. Ja też. Ale nie chce mi się już zabiegać. Zbyt wiele wykonałam gestów, które trafiły w próżnię. Kocham go takim, jakim jest,  z jego pokrętną, gejowską naturą.

M., moja miłość, polegająca na doświadczaniu wiary. Zatelefonował po moim liście, w którym napisałam, że już nie mam siły dłużej o niego zabiegać. Rozdygotany, z zaklęciami pełnymi miłości, bólu i czego tam jeszcze. Najczulszy, gdy przyszłam na umówione spotkanie. I taki kruchy, opowiadający o tym, kto siedzi w nim, a którego nie lubi. Tkliwy. Nasz los splątany. Jeśli napiszę „Ciężarówki”, to on mnie zabije, aby nie musieć więcej kochać. Cierpi, bo ma świadomość, że cały „smutek epoki” już wypowiedział. Próbowałam go przekonać, że milczenie teraźniejsze kiedyś w nim zaprocentuje, ale on nie wierzy.

*

Podróż: Łódź –Toruń-Warszawa. W Łodzi spotkanie autorskie, sympatyczne. W Toruniu poznaję mojego wydawcę, Pawła Marszałka i jego żonę, Magdę. On podobny do Eligiusza, ona śliczna. Oni mili i gościnni.

W Warszawie: Tadeusz O., Rafał i Adam B. U Tadeusza miło. Ale nie był uszczęśliwiony moją książką. Od razu powiedział, że nie cierpi książek dla młodzieży i moja nie będzie mu się podobała. Nie czytał, a wie, ciekawe. Dobrze choć, że lubi moje wiersze.

*

24 lutego 1994 roku, czwartek

List od Jurka Fryckowskiego, poety.

Druzgocze moje „Batoniki”. To ciąg dalszy epopei pod tytułem „na przyjaciół możesz liczyć”. W mojej powieści, jego zdaniem, nie ma przeżyć wewnętrznych bohaterki, nie ma konfliktów. Dziewczynka płacze nad chomikiem „zdechniętym”, zamiast nad ojcem kolegi, który nie ma pracy. U mnie jest nieprawdziwie i idealnie. Bohaterka jest za mądra, takich dzieci nie ma. Fryckowski chce konfliktów, realizmu, czyli powieści neo-pozytywistycznej. To książka nie dla młodzieży, tylko dla moich gości. Fryckowski wie, jak napisać dobrą powieść, hehe.

 

 


1 komentarz

KUKU · 13 sierpnia 2026 o 15:29

I to jest prawda.Najgorzej zostać samemu

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.