Kiedy teraz przeglądam swoje notatki, widzę, ile miałam energii. Fotka z roku 1995. Cały dzień na obcasach! Nie czułam zmęczenia. Za to teraz pokutuję. Spódnica jest ze skórzanych bordowych łatek, poncho z wełny wielbłądziej. Gdzie ja to kupiłam, nie pomnę.
Poniżej fragment dziennikowych zapisków z 1998 roku.
*
Rok 1998, w sierpniu.
Czytam „Most Saint Luis”. Chądzyńska w „Co mi zostało z tych lat” pisała, że czytała powieść z nadzieją na rozwikłanie tajemnicy. Była pewna, że kiedy dobrnie do końca, coś zrozumie, rozwiąże tajemnicę tych pięciu, którzy wkroczyli na most i on się pod nimi zarwał. Dlaczego oni, a nie inni. Czym sobie zasłużyli na taki koniec. Chądzyńska konkluduje, że niczego się nie dowiedziała. Tak jest prowadzona narracja, by na pytanie: O co w tym życiu chodzi i co jest w nim ważne, odpowiedzieć najprościej, że o nic nie chodzi i nic nie jest ważniejsze od niczego. A jednak Thorton Wilder, coś przemyca w końcowych dialogach.
Może po to zginęła Marquesa de Montemayer, aby jej córka Klara, mogła się spotkać z Marią del Pilar, przeoryszą, i rozmawiać o swojej matce, od której zawsze uciekała i opędzała się.
Może po to zginął wuj Pio i syn Perichole, aktorki, aby ona mogła płakać na kolanach Marii del Pilar. Może po to wszystko się stało, aby „miłość zwróciła się do miłości, która ją zrodziła”. Bo jest „kraj żywych i kraj umarłych, a mostem między nimi jest miłość. I tylko ona przetrwa, tylko ona ma znaczenie”.
Może po to Chądzyńska przechodziła katusze swojego dzieciństwa, aby spotkać Reverzego i aby on nakłonił ją do pisania „Śpiewu muszli”, o którego istnieniu nigdy się nie dowiedział. Może po to spotkałam Z., abym i ja zaczęła pisać. Gdyby nie było mojego pisania, nie byłoby mnie w Słupsku na spotkaniu autorskim w bibliotece i nie wpadłabym w matnię.
*
Przeczytałam „Dianę” Carlosa Fuentesa.
Wstrząsająca, zupełnie inna od tych jego powieści, które znam. To opowieść o jego dwumiesięcznym romansie z Jean Seberg, amerykańską aktorką (grała w młodości główną rolę w filmie „Witaj, smutku”), żoną Romain Gary`ego. Znałam trochę jej historię z książki „Pogrążyć się w mroku” Wiliama Styrona, także z opowieści Gary`ego. Wiedziałam o jej nieprzystosowaniu, zagubieniu, podobnym do tego, jakie przeżywała Marylin Monroe. Choć…czy cokolwiek może być podobne? Osoby podziwiane przez wielu, kochane, mogą się czuć bardzo osamotnione. Najbardziej wyrozumiały mąż nie będzie potrafił uczestniczyć w życiu kogoś, kto ma swój własny świat i tak naprawdę nikogo do niego nie dopuszcza, mimo stwarzania pozorów bliskości.
Czy Anne Sexton podobnie się czuła?
Bo wszystkie nadwrażliwe jesteśmy, jak te salamandry, co wchodzą do pieca ognistego, im bardziej on płonie, tym bardziej one wpełzają. A finał jest zawsze taki sam, choć niby każda ma swoją historię.
Śledziłam sposób, w jaki Fuentes próbował rozświetlać tajemnicę. Został odtrącony i to w momencie, kiedy się tego najmniej spodziewał. Został upokorzony, ale przynajmniej bez stosowania kłamstw i wybiegów, tudzież banalnych sztuczek. Fuentes nie sprowadził swojej opowieści do banału, nie zrobił z tego romansidła. Próbował znaleźć głębię.
*
U Chądzyńskiej, analizującej przypadek ojca, więcej jest wnikliwości. Skupia się na relacjach międzyludzkich, nie wplątuje polityki. Poza tym opowiada z pozycji kogoś, kto chce zrozumieć, bo jest w niej podobny sposób odczuwania. Fuentes też chce zrozumieć, ale patrzy na ukochaną, jak na absolutnie mu obcy świat, który go porwał, zafascynował, choć nie na tyle, by nie potrafił z niego wyjść. Kiedyś Janusz Styczeń opowiadał o tej powieści, podziwiając siebie za odkrycie w niej wątków biograficznych i rozpoznanie, kto był kim. Zdziwił się, kiedy mu od razu podpowiedziałam, dodając jeszcze wiele szczegółów.
0 komentarzy