Grudzień 1996/ z dziennika Marty Fox
Jest moja książka o Szymborskiej! W czerwonej okładce, jak chciałam. Ania W. ma swoją w zielonej okładce. Tak chciała, a teraz mówi, że moja ładniejsza. Telefonował G. Smutny. Przeczytał, powiedział, że świetna i że go zabolała. Pod datą 26 października, gdy pisałam o naszym wyjeździe do Gdańska, zacytowałam fragment z Szymborskiej o trwonionych chwilach. Wywnioskował więc, że to z nim trwoniłam chwile. Teraz ja wnioskuję, że powinnam spełniać jego oczekiwania i napisać o wdzięczności, bo wiózł mnie na spotkania swoim autem i za to, że tak świetnie sprzedaje moje książki. Może byłby też zadowolony, gdybym pisała o kochance, którą mi przedstawił albo zdradziła, co mówił o żonie. No, chyba mu się coś poprzestawiało.
Czyżby po to mianował się moim „menadżerem”, by się w mojej książce znaleźć? Czy po to, by mi dostarczać inspiracji opowieściami o swoich kobietach?
Że też nikt nie rozumie mojego pisania.
Kreacji. Przecież nie podam siebie na tacy.
Piszę o tym, co uporządkowane, co już z siebie rozumiem, ukazując także etap, w którym nie rozumiałam. Stwarzam postaci. Więc i w książce o Szymborskiej jestem postacią, bo nie jest wierny zapis moich przeżyć, tylko dziennik pisany na użytek tejże książki. Kamufluję, a kamuflując odbieram siebie sobie. Mam zaspokajać potrzeby innych? Od tego jestem? Nawet w pisaniu, które ma być dla mnie wolnością?
Po południu G. z córeczką i swoim ogromnym żalem. Nie ma śladu G. w mojej książce! No, nie ma. Gdybym działała z premedytacją, to bym np. napisała coś szlachetnego np. o prezydencie miasta i w ten sposób mu się podlizała. Ale nie pisałam na zamówienie. A jeśli to na swoje zamówienie.
To nie koniec ciosów. Ania W. też ma żal, bo ją źle potraktowałam w książce. Niepotrzebnie opisałam spotkanie w Salonie. Poza tym wyczuła lekceważący styl, kiedy pisałam, że ona swoim nazwiskiem w popularnej książce szastać nie chce. Pierwotny pomysł był taki, bym pisała książkę razem z Anką. Ale ponieważ ona się nie zgodziła, i dobrze, więc każda z nas napisała swoją. Ona naukową, a ja dla ludzi, który lubią czytać wiersze, choć nie wiedzą, co to metafora.
Teraz czekam na inne ciosy.
A potem pójdę do ogródka i najem się glist.
Będzie skandal z tej książki? Dla książki dobrze.
Muszę zapytać A. Bojarską, jak ona sobie radzi ze skandalami.
*
Fragment recenzji:
Książka Marty Fox „Zdarzyć się mogło. Zdarzyć się musiało” jest rzeczywiście zupełnie unikatową publikacja o Wisławie Szymborskiej. W zalewie książek krytycznoliterackich pozycja ta wyróżnia się swoistą „niefachowością”, co uznać należy za komplement. Marta Fox nie udaje krytyka literackiego czy historyka literatury, pochylającego się nad przepaścistą głębią wierszy Szymborskiej. Fox pisze o Noblistce ciepło, serdecznie i prywatnie – i książka tylko na tym zyskuje. Ale Fox pisze przede wszystkim w tonacji książki reportażowej, zawierającej jakby plan drugiej książki o Szymborskiej. Książki, która powstała jako summa głosów innych jej czytelników. Dzięki zastosowaniu żywej techniki sprawozdawczej udało się Marcie Fox pokazać nie tylko Szymborską, ale system reakcji na jej niespodziewanego (i spodziewanego) Nobla. Co z tego wynika? Powiedziałbym, że portret wieloraki Szymborskiej, która jawi się tu jako poetka w swej nadzwyczajności tak zwyczajna, że aż bierze ochota, by zaprzyjaźnić się z jej poezją na nowo, inaczej, intymniej, bardziej wewnętrznie itp.
Maciej Krassowski, Wiadomości Kulturalne, nr 4/140, 2 lutego 1977.
*
Książka Marty Fox przez kilka miesięcy gościła na różnych listach bestsellerów
0 komentarzy