Bez kategorii

Skałki, morze, leniwienie i zagubione pliki

Jak długo można leniwieć? Okazuje się, że można. Leniwieniem nazywam niepisanie kolejnej książki. Nie niepisanie w ogóle, bo to się nie zdarza zawodowemu pisarzowi. Janusz nieustająco zadaje mi nad ranem pytanie: Co ty tam tak piszesz? Jestem pisarką, to piszę, czyli robię swoje. Gdyby każdy robił swoje, świat byłby prostszy. Nie o tym jednak chciałam, a o leniwieniu.

Od zawsze szukam miejsc cichych, dzikich i spokojnych. Do takich lubię wyjeżdżać. Dlatego też wybrałam Grecję we wrześniu. Panienka z biura podróży powiedziała, że wtedy będę płaciła prawie 1000 zł taniej, ale coś za coś, nie będzie już dyskotek. Ucieszyłam się. Dopiero potem dotarło do mnie, że widać w oczach panienki wyglądałam na dyskotekową emerytkę, skoro z takim żalem mnie powiadamiała o braku tanecznych atrakcji.

Koniec czerwca i początek lipca spędziłam w znanej mi już od lat Nordalijce, we wsi Grabowa. Korzystałam z ogrodu i leżaka, ale też z piasków Pustyni Błędowskiej i widoków na doliny, kotliny. Nie mówiąc o skałkach jurajskich, szczególnie w okolicach Mirowa i Bobolic ( dwa zamki na Szlaku Orlich Gniazd, jeden „dziki”, drugi wyremontowany).

Osiem dni leniwiałam na Wyspie Sobieszewskiej. To rzut beretem od Gdańska, dojechać można miejskim autobusem w ciągu 50 minut. Zamieszkałam w wynajętym apartamencie „Maki House Blue”, który okazał się wygodny ponad miarę, przestrzenny i nie tylko kolorystycznie przemyślany. W dodatku gospodarze gościnni i uśmiechnięci.To trzecie miejsce, po Nordalijce i „Zaciszu” w Ustroniu, gdzie czułam się jak u siebie.
W Sobieszewie najbardziej mi się podobała dzikość plaży. Nie przypuszczałam, że doświadczę takiej dzikości. Trzeba było tylko omijać wejścia strzeżone i kierować się w stronę Mewiej Łachy. I cała plaża i morze należały do mnie. Korzystałam do woli, nałaziłam się aż do przesady, nasiedziałam, należałam, naczytałam, nasamotniłam, nachapałam wiatru i morskiej bryzy, i słońca.

Na plaży przeczytałam „Zielone kalosze”, powieść Wandy Szymanowskiej, mojej ulubionej nauczycielki, która nie chodzi do pracy za karę. Powieść jest z gatunku obyczajowych i tzw. popularnych, a więc takich, których z zasady nie czytam, ale tę połknęłam lekko i przyjemnie, napisana bowiem jest sprawnie i z dydaktyczną nutką, przy czym zawsze się uśmiechałam, tropiąc ślady pouczeń. Przy okazji muszę Wandę zapytać, dlaczegóż to kolor beżowy ma być taki beznadziejny dla kobiet i ujmujący im wszystkiego, co się da. Wprawdzie daleka byłam zawsze od ubierania się w beże, tym bardziej brązy, ale znam kobiety, które w tychże odcieniach wyglądały nienagannie atrakcyjnie i elegancko. I niekoniecznie statecznie. Bohaterka powieści, zbliżająca się do 50-tki, zaczyna życie od nowa, na wsi, w małej wynajętej pod lasem chatce. Swoim przykładem pociąga za sobą kobietę, która buntuje się przeciwko mężowi pijakowi, panu i władcy. Coś ta powieść ma w sobie, bo chce się śledzić losy bohaterki, która i z wójtem-nierobem sobie poradzi, i kobiety ze wsi zjednoczy. Widać jednak, że autorka doświadczeń w rozwodach nie ma, skoro rozwód bohaterce niemalże spadł z nieba jak manna, w dodatku od razu ze znaczną częścią majątku. Podobało mi się poczucie humoru bohaterki, która „za Chiny Ludowe” ma tyle lat, na ile nie wygląda, bo właśnie w pokoleniu 50+ używano takiegoż powiedzonka.

Zabawiłam się tego upalnego lata w tropiciela.
Uparłam się, by odnaleźć opisywaną w przewodnikach „Foresterówkę”, zabytkową rezydencję gauleitera i obergruppenführera SS Alberta Forstera. Zlokalizowana była w Orlu, 17 km od centrum Gdańska, na Wyspie Sobieszewskiej przy obecnej ul. Lazurowej 3 i 4. Obiekt przekazano Forsterowi 26 lipca 1933, jako prezent od führera i miejscowej komórki NSDAP z okazji jego 31 urodzin. Obiekt był jego prywatną własnością. W swojej rezydencji przebywał okresowo do 27 marca 1945. Tu omawiano szczegóły i zapadały najbardziej zbrodnicze decyzje w historii Pomorza. Teren rezydencji gauleitera był też, od listopada 1944 do stycznia 1945, miejscem zwożenia z terenu Gdańska zagrożonych nalotami dzieł sztuki i archiwów partyjnych NSDAP. Część archiwum zostało zdeponowane w jednym ze schronów przeciwlotniczych, wybudowanych na tym terenie w 1941.

Naszukałam się tegoż obiektu, kierując się jedynie informacjami z przewodników, zamiast od razu sięgnąć do Wikipedii. Nigdzie na ulicy Lazurowej, prowadzącej do plaży, nie było śladu informacji. W końcu spostrzegłam ledwo co widoczny modrzewiowy budynek, zarośnięty krzewami, okolony parkanem, opuszczony, zapomniany. Po przeciwległej stronie drogi był stał opuszczony dawny dom oficerów i budynek koszar. W budynkach tych do roku 2003 był ośrodek wczasowy Mewa. Do tej pory w Internecie są linki do niego, włącznie z podaniem telefonów. Budynki są teraz w totalnej ruinie. Z informacji w Wikipedii wynika, że W 2010 kompleks przejął Dom Pojednania i Spotkań Ojców Franciszkanów w Gdańsku, w celu utworzenia miejsca spotkań, Młodzieżowego Ośrodka Pojednania Polsko-Niemieckiego. Kompleksowi została nadana nowa nazwa Wyspa św. Franciszka, dla podkreślenia jego nowej roli. Ale jak widać, nikt się nie kwapi do wprowadzenia „roli” w czyn odbudowy.

Przede mną kolejne wakacje, bo postanowiłam, że w tym roku zrobię sobie bardzo długi i totalny reset na powietrzu zdecydowanie świeższym niż śląskie. Może myśli pofruną, gdzie fruwać się lękały i odnajdę w głowie kolejny zagubiony plik.

in / 18 Views

1 komentarz

  • ~wanda 22 lipca 2014 at 18:59

    A tak się bałam Twojego czytania, Martuś!

    Reply
  • Napisz swoją opinię

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *