Codziennik

Po spotkaniach autorskich

Po spotkaniach autorskich

Nie wiem na czym to polega, ale od chwili, kiedy wejdę do biblioteki i spojrzę na moich potencjalnych czytelników, którzy przyszli na spotkanie autorskie, wiem, czy będzie ono udane, czy nie. Udane dla mnie. Wyczuwam od razu  krążące fluidy, bo to one tworzą klimat i sprawią, że moja opowieść popłynie gładko albo też topornie. Wyczuwam, czy mówię w pustkę i każde zdanie jest jak groch o ścianę, czy na odwrót, zainteresowanie jest prawdziwe, co rzecz jasna, „podkręca” mnie, więc wówczas i sama siebie podkręcam mnożąc przykłady, wtrącając anegdoty,  odwołując się do własnych przeżyć, co powoduje, że i słuchacze się otwierają. I wtedy już obie strony są usatysfakcjonowane. No tak, no tak, pisarz bez czytelników nie istnieje w pełni. Nic dziwnego, że pragnie się zaprezentować najlepiej, chce by go pogłaskano. Nie po to się przecież piszący mozoli, wykrzywiając sobie kręgosłup, by nie mieć przyjemności ze spotkań autorskich.

Ciekawi mnie, co młodym w duszy gra, jak widzą świat, co ich boli, co przeraża, co cieszy, co zapamiętują, zapominają celowo, co ich cieszy, o czym marzą. I w ogóle, jak to dzisiaj jest z młodymi, przed którymi stoją wyzwania, stoi świat, jego dole i niedole. Czy młodzi nadal słyszą, że co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie, czy przejmują się tym, kiedy ktoś tzw. dorosły im mówi, że dzieci i ryby głosu nie mają. A może ich to już nie boli, jak mnie bolało, a może nawet tego nie słyszą, bo nikt tak do nich nie mówi, i znają swoją wartość, i nie siedzą w kącie, i nie czekają aż ich ktoś znajdzie.

Na spotkaniach, na które zostałam zaproszona przez Książnicę Podlaską, miałam okazję o tym mówić. Miałam też nadzieję, że się dowiem czegoś nowego o pokoleniu urodzonym po roku 2000, czyli już w XXI wieku. Nie jest im łatwo, choć mają piękne biblioteki, dobre jedzenie, wyremontowane toalety publiczne, Internet, laptop, telefon w ręce i setki kanałów w telewizji. Mają też nieustająco kontrolę dorosłych, co zapewnia system zwany Librusem. Mają pandemię i wojnę. Mają też nienawiść polityczną, inflację. I wielką samotność przed ekranem komputera. Poszukują autorytetów, ale czym/ kim on jest ten autorytet, czy można mu bezwzględnie zaufać. Marzą o sukcesie, choć niechętnie o tym mówią, ale dziś bez sukcesu ani rusz, dlatego trzeba się chwalić choćby fałszywymi fotkami na Facebooku albo innym portalu społecznościowym.  Są uzależnienieni  albo współuzależnieni (pomijam te wielkie uzależnienia, ale przecież i te małe mogą nam wypaczyć osobowość). O tym wszystkim piszę w książkach dla nich, ale też w tych dla dorosłych. Bardzo ich zainteresowała historia dr Wadowskiej-Król, którą opisałam w powieści „Moja Ołowianko, klęknij na kolanko”.

Młodzi słuchali, to czułam, ale nie chcieli albo nie potrafili się włączyć do rozmowy. Zaproponowałam więc, by napisali, co ich rani, co boli,  czy są głaskani, czy karani, co marzą, jaką piękną chwilę zapamiętali, a jaką najgorszą. Napisali. Anonimowo. Tylko jeden z młodych się podpisał pod swoją wypowiedzią. O, dziwo, błędów ortograficznych w tych wypowiedziach było niewiele. I co jeszcze dziwniejsze, nie pisali o radościach. I nikt nie napisał o marzeniach typu: chcę mieć wypasiony rower, komputer, telefon.

Boli ich, że rodzice się rozwodzą i że cała rozmowa o tym sprowadza się do pytania, z kim chcesz mieszkać z matką czy ojcem. Boli, że niby pytają, co tam w szkole, ale kiedy dziecko się rozkręca i opowiada, to oni nie słuchają ( i tu przykłady skąd ta pewność, że nie słuchali). Boli bezsilność i lęk przed czarną owcą w rodzinie z kryminalną przeszłością. Boli, kiedy rodzice się upierają, by ich dziecko przystąpiło do bierzmowania, kiedy ono nie chce, więc zostaje i tak zmuszone. Złości ich, kiedy słyszą, że trzeba się zachowywać jak przystało do własnej płci. Złoszczą porównania do rodzeństwa czy kuzynostwa, które rzekomo jest mądrzejsze, pilniejsze, zdolniejsze. Złoszczą nieustające oczekiwania, że będzie się chudszym, ładniejszym, grzeczniejszym, usłużniejszym. Złoszczą komentarze dotyczące urody i ubioru. Boli to, że nie mają osób wspierających, które by z nimi „trzymały”, stawały po ich stronie. Boli ich to, że mają wokół siebie chaos, a potrzebna im jest cisza. I to, że muszą jeść mięso. Bo trzeba, bo tak. I że matka po rozwodzie związała się z partnerem, który nie wzbudza zaufania i tylko narzuca dodatkowe obowiązki.  Boli, że są traktowani jak przedmioty. Że nie rozmawiają z rodzicami, tylko komunikują.

Naprawdę nie ma w nich radości? Takiej dzikiej, młodzieńczej wbrew całemu złu świata? Nie ma pragnienia, by pofrunąć na wyspy szczęśliwe?

Mam marzenie, napisał ktoś. Marzenie, aby mój kot znów żył.

in / 646 Views

2 komentarze

  • Karolina 21 września 2022 at 14:59

    Dzień dobry, co prawda urodziłam się przed 2000 rokiem ( rocznik ’99 ) ale dużo łatwiej wymienić mi co mnie boli, co denerwuje, te gorsze chwile niestety bardziej zapadają w pamięć. Co mnie boli ? Chyba najbardziej hipokryzja. Choć nie wiem czy bardziej boli czy wkurza. A może najbardziej boli mnie to, że kiedyś nie umiałam być asertywna, a teraz ponoszę konsekwencje. Nie byłam bierzmowana w szkole, nie chciałam tego. W wieku 18 lat przyjęłam sakrament bierzmowania, bo miałam być chrzestną. Mojemu kuzynowi urodziła się córeczka. Czy tego chciałam ? nie. Po prostu nie potrafiłam odmówić. Dlaczego mnie to boli? Bo wcześniej wielokrotnie mówiłam, że nie chcę być chrzestną, nawet w czasie rozmowy z rodzicami dziewczynki kiedy temat zszedł na chrzest, itp. mówiłam, że nie chciałabym być chrzestną, że nie jestem bierzmowana, nie chodzę do kościoła, Zrozumieli. Jakie było moje zdziwienie, kiedy kilka dni po tej rozmowie, z samego rana zadzwoniła do mnie matka teraz już mojej chrześnicy i zapytała czy zostanę chrzestną ? Zapewniła, że nic ode mnie nie chcą, po prostu nie ma kto jej trzymać przed ołtarzem. Byłam tak zaskoczona, że się zgodziłam. Teraz wiem, że zgodziłam się głownie na prezenty i uczestnictwo w wielu uroczystościach. Hipokryzja z obu stron, bo ani ja nie wspieram dziecka w wierze katolickiej ani jej rodzice. Dziecko ma 5 lat i chyba nie potrafi się nawet przeżegnać, a rodzice idą do kościoła tylko raz w roku, ze święconką. Dlaczego ? bo tak trzeba. Żadne z nich nie chce ślubu, a matka nie kryje się z poglądami, że gdyby doszło do rozstania to ona zabiera dziecko i wyjeżdża. Wprost mówi, że będzie wtedy utrudniać dziecku kontakt z ojcem. Jestem pewna, że przede mną komunia ( prezent) , bo tak trzeba, bo biała sukienka, bo prezenty. Przepraszam, że się rozpisałam, ale w rodzinie wszyscy uważają, że jest ok i to ja powinnam się cieszyć, że nie mam prawa się wkurzać, nie ma prawa mnie boleć, itp. bo co ja wiem o życiu, bo jestem jakaś inna ( bo wolę spodnie zamiast spódniczek, duże samochody i raczej męskie zajęcia ) … Pozdrawiam serdecznie

    Reply
  • Marta 22 września 2022 at 12:17

    Dziękuję, pani Karolino. Lista tego, co boli i o czym chętniej się mówi, byłaby długa i u mnie. Na szczęscie są też jasne dni i dobre wydarzenia. Pozdrawiam Panią. Marta

    Reply
  • Napisz swoją opinię

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

    Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.