Codziennik

Takie dni

Opony wymieniłam na letnie, oddałam PIT-y do księgowej, pranie wyprałam trzy razy, prasowałam pół dnia, obiad ugotowałam, szarlotkę upiekłam, z Januszkiem się pokłóciłam i pogodziłam szybko. Książki ułożyłam w równy stos, po lewej stronie biurka, w kolejności oczekiwania na czytanie. Podczas prasowania oglądałam telewizję, dziwiąc się nieustająco, ileż to kobiety potrafią wycierpieć dla urody i ile czasu poświęcić na jej marnowanie i poprawianie. Odpowiedziałam na mejle służbowe, prywatne zostawiając na lepsze potem. Kwiatki podlałam, zeschłe liście oskubałam. Pomiędzy kawę wypiłam, gruszkę zjadłam. Nawet do fryzjera poszłam bez uprzedniego umówienia się, licząc na to, że jeśli będzie trzeba czekać, to odejdę rozgrzeszona. Ale nie trzeba było, tak więc włosy mam podstrzyżone pod fajerę, nie szkodzi, odrosną.

Walizkę spakowałam do kolejnej podróży. Zrobiłam porządek w kuchennej szafce, przemieszczając co tylko się dało, abym jutro nie mogła nic znaleźć. Rany obrazów odkurzyłam, ze starych gazet wycięłam, co ciekawszego do przeczytania. Paznokcie pomalowałam bezbarwnym lakierem. Zajrzałam na Facebook, ale szybko się wylogowałam, przeczytawszy, jak pewien poeta pochwalił się tym, że jest genialny (ma na to dowód w postaci kilku zdań od poetów wielkich) i dlatego ma wszystkich gdzieś i nikomu się kłaniać nie będzie ani w pas, ani czapką do ziemi. Napisał oczywiście bardziej dosadnie, ale im więcej dosadności wokół, tym groźniej we mnie czystość językowa się panoszy. Poetę usunęłam z grona tzw. znajomych, uprzedziwszy go za co. Usprawiedliwił się tym, że był „zalany”, pisząc to, co napisał. Usprawiedliwienia nie przyjęłam, bo moja tolerancja ma granice.
W teatrze Korez na premierze „Miłości i polityki” ubaw po pachy, jak to się mówi. Będę pisała o tym spektaklu. Także o książce Martina Millera, syna Alice Miller, „Prawdziwy dramat udanego dziecka”.

Huragan Stefan o mało nie zmiótł mnie do rowu, kiedy przejeżdżałam pomiędzy kieleckimi polami. Kiedy dojechałam do Buska Zdroju, uspokoił się nieco, ale tutaj wszystko toczy się powoli, sanatoryjnie, geriatrycznie nawet. Jutro dojadę do Sandomierza. Będę myślała o Wiesławie Myśliwskim i jego powieści.
I choć lubię małe sprawy codzienności, to jednak mi czegoś brakuje. Aby nie sczeznąć na wiosnę, postanowiłam zabrać się do wielkiego pisania, bo tylko wielkie sprawy dodają energii i skrzydeł. Najbardziej lubię pisać w domu, przy swoim biurku (biurce). Ale i w podróży też się sprężyć potrafię. W podróż zabrałam laptop, tablet, telefon, notebook, także całe potrzebne okablowanie, bez którego ani rusz.

in / 56 Views

3 komentarze

  • ~Mila 14 kwietnia 2015 at 22:18

    Jestem bardzo ciekawa książki syna Alice Miller. Nawet nie wiedziałam, że miała dzieci…

    Reply
  • ~Mila 14 kwietnia 2015 at 22:24

    Pani Marto, przed chwilą przegrzebałam Internet i znalazłam kilka zdań o książce Martina Millera… i włos mi się zjeżył na głowie. Zupełnie nie wiem, co mam teraz myśleć o Alice Miller… Czy to znaczy, że jej książki, jej idee to jedno wielkie kłamstwo?

    Reply
    • Marta 15 kwietnia 2015 at 20:08

      Alez skąd, Milu!
      Koniecznie przeczytaj. Jej zasługi są nieocenione. A to, czego doświadczył jej syn, a także to, co odkrył i do jakich wniosków doszedł, to jedynie dowody, co trauma może zrobić z ludzmi. Jak mimo swiadomosci trudno ustrzec się przed krzywdzeniem najblizszych. Bo skrzydzeni i ponizeni, krzywdza i ponizają. To jest wstrząsająca opowieśc. Będę o tej ksiazce pisac. Tylko muszę się zdystansować, aby przekazac jasno i komunikatywnie. Buźka.

      Reply

    Napisz swoją opinię

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *