Bez kategorii

Bądźcie grzeczni, chłopcy. O "Locie nad kukułczym gniazdem" w Teatrze Śląskim

Lecz jak już wyjdziesz zobaczysz
z tamtej strony też nie ma klamek
które by otworzyły
ci drzwi do miasta do przyjaciół
wszystkie drzwi otwarte
a za nimi pustka /…/”

Zbigniew Joachimiak, Oddział “A” zamknięty

Bądźcie grzeczni, chłopcy – mówi Wielka Oddziałowa, siostra Ratched (Katarzyna Brzoska)

Siedzimy w klatce zwanej demokracją (widzowie także). Celem terapii grupowej jest “całkowita demokracja”, do której się zdąża, zgodnie z założeniami Systemu.

– Jest pan Bogiem, panie McMurphy (Dariusz Chojnacki)? Jakoś mi się nie wydaje – siostra Ratched strofuje kojącym głosem nowego pacjenta w myśl I przykazania “Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną.” Przed jej dictum milknie nawet doktor Spivey (świetna rola Jerzego Kuczery).
Tresura (terapia) odbywa się ogólnie znanymi i przećwiczonymi w historii społeczeństw metodami: trzeba człowiekowi odebrać wszystko, a potem stworzyć perspektywę zdobycia niezbędnego do życia minimum. Dużą rolę odgrywa w niej “Księga życzeń i uwag” (czytaj: donosów) oraz muzyka. System trzeba szanować, nawet czcić, podobnie jak rodziców, w myśl IV przykazania. Wystarczy uwierzyć, że System, jak i Rodzice, wszystko robią dla naszego dobra.

Na scenie tryumfuje maszyneria pełna trybików, kabli, rur i rurek (scenografia: Katarzyna Sobańska, Marcel Sławiński). Zamiast czarodziejskiej różdżki siostra Radched sprawnie żongluje mikrofonem, odpowiednio ustawioną barwą głosu i przyciskami. Także szybą, która oddzielając ją od pacjentów, pozwala zachować odpowiedni dystans, gwarantujący hierarchię.
McMurphy wkracza do akcji. Podżega terapeutyczną społeczność, wnosząc ożywczą energię spoza poprzedniej klatki. Jeszcze nie wie, jak łatwo wpaść pomiędzy tryby pędzącej maszynerii, więc zapewne myśli, że wolność to jedynie możliwość przechodzenia z jednej klatki do drugiej i pamiętanie o tym, by nie zgubić klamek. Udaje mu się posiać ziarno buntu, rozświetlić szarość klatki dźwiękami zespołu Metallica oraz System OF A Down, czy piosenką Bjork (opracowanie muzyczne i reżyseria: Robert Talarczyk).
Równoprawnym bohaterem historii jest również Wódz Bromden (Grzegorz Przybył). McMurphy jest działaczem, Wódz myślicielem. Jego refleksje słyszymy w odrealnionych scenach pełnych migocących świateł, wijących się ciał pacjentów i psychodelicznej muzyki.

Po premierze w Teatrze Śląskim zadaję sobie pytania, szukam odpowiedzi.
Jak brzmią dziś słowa, że System (państwo, rodzice, wychowawcy, lekarze) robi wszystko dla naszego dobra?
Dziś, czyli w czasach, kiedy coraz więcej wiemy o mechanizmach przemocy, o współuzależnieniu?
Jaki wymiar ma dziś bunt?
Czy musi się zrodzić w nas samych, w ciszy, na skraju przepaści, gdzie nie będzie innych, którzy mogliby go podziwiać?
Czy będzie to bunt wynikający z kontemplacji, z zasłuchania w siebie, z wyciszenia, jak u buddyjskich mnichów?
Czyż nie w takiej pozycji siada Wódz, zakładając pióropusz, uważany za magiczny talizman ochronny? Jakby już wiedział: jeśli sam sobie nie pomożesz, nikt ci nie pomoże.
Czy Wódz stanie się “duży”, czy woli być grzeczny i bezpieczny?
Czy pogodzi się z tym, ze jest trybikiem i będzie wolał hodować w sobie jedynie własną przestrzeń, która będzie mu dawała wolność bez względu na rodzaj klatki?
Czy wyczynem Wodza będzie tylko to, że pomoże umrzeć McMurphy`emu, czy też kontemplacja nad marnością świata wedle Koheletowej prawdy “Vanitas vanitatum et omnia vanitas”?
Dokąd zaprowadzi nas “grzeczność” i pozory tkwiące w bezpiecznej klatce?

Odpowiedzi nikt mi nie poda na tacy, jak jedzenia w restauracji.
Czuję, że jest to spektakl o buncie, ale oczywiście nie tym z czasów spektaklu Zygmunta Hubnera w Teatrze Powszechnym, czy filmu Milosza Formana. To bunt na miarę naszych czasów. To ucieczka w głąb siebie, ale niemająca wiele wspólnego z eskapizmem. To nie ucieczka w świat iluzji i wyobrażeń. To wezwanie do pracy nad sobą, wewnętrznego doskonalenia, prawości, jakby Wódz chciał swoją kontemplacyjną postawą zawołać, niczym Anthony de Mello: Przebudźcie się, wszystko jest w waszej głowie.

Wydaje mi się, że siostra Radched wypadła blado na tle męskiej części zespołu. Nie mam jednak pewności, czy tak rzeczywiście jest, skoro głośniej słyszę w swojej głowie (wszak wszyscy jesteśmy pacjentami!) kwestię “bądźcie grzeczni, chłopcy” niż z nienawiścią stopniowane słowo “suka”, wypowiadane najpierw przez McMurphy`ego i powtarzane przez chór pacjentów.
McMurphy to rozbisurmaniony chłopaczek, który mimo słusznych racji, nie zorientował się, kiedy kończy się zabawa, a zaczyna rzeź.
Wódz Bromden nie zaraża swoją mądrością innych, jakby uwierzył, że tylko kontemplacja może mu dać wolność.
Impotent Hardling (Artur Święs) woli dorabiać teorię do własnej sytuacji i poprzestać na wygłaszaniu okrągłych formułek. Billy (Bartłomiej Błaszczyński) to dziecko “czarnej pedagogiki”, uzależnione od matki i święcie wierzące w jej racje. Marcel Proust też gotów był cierpieć ataki astmy, byle tylko matce się przypodobać. Billy pójdzie dalej, woli się zabić niż narazić matce.

Katowicki “Lot nad kukułczym gniazdem” to również rzecz o wielkiej samotności.
Każdy jest pozostawiony sobie samemu i jeśli umie liczyć, powinien liczyć na siebie. By nie spełniło się, że “Każdy przeciwko sobie, a Bóg przeciw wszystkim”.
Tym bardziej więc trzeba się zbuntować, pozbywając się strachu przed samodzielnym myśleniem.
Jestem, bo myślę, buntuję się, więc jestem (A.Camus), nawet kosztem utraty wygodnego status quo klatki. Albo “szuflandii”.

Czekałam na tę premierę, bo przecież dla mojego pokolenia “Lot nad kukułczym gniazdem” był lekturą, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, kultową. Nie dość, że opowiadał się za psychiatrią humanistyczną w odróżnieniu od biologicznej (również głośna książka Kazimierza Jankowskiego), to nawoływał do czynnego przeciwstawienia się Systemowi i nade wszystko oddziaływał terapeutycznie, dodawał wiary i nadziei.
Nie widzę tej nadziei w spektaklu Roberta Talarczyka.

Czy młodzi usłyszą, że warto zainwestować w siebie, by trzymać się potem wewnętrznego, własnego głosu i wierzyć, że ignorancja nas zabije?
Może dzisiaj bardziej nam trzeba siły rozumu niż nadziei?

in / 160 Views

4 komentarze

  • ~Monika Gorzelak 24 listopada 2013 at 18:30

    “Siła rozumu”, wiara, nadzieja… A największa z nich…:)? “Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem”. Albert Camus

    Reply
  • ~Krystyna 26 listopada 2013 at 15:55

    Moim zdaniem – siła rozumu, bez nadziei, jest mało skuteczna.

    Reply
  • ~Bluebell 27 listopada 2013 at 17:51

    Drogi racjonalne nie są moimi drogami.

    Reply
  • ~kazimiera 27 listopada 2013 at 18:50

    “Siła nadziei-Nadzieja to cud, karmi się sama sobą-Masz ją, czujesz się lepiej-lepiej się czujesz,masz jej więcej i czujesz się jeszcze lepiej.Z nadzieją zawsze rażniej.

    Reply
  • Napisz swoją opinię

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.