Bez kategorii

sabat

     Sabat – albo inaczej babski comber.
Słowo „comber” znają przede wszystkim ci, którzy mieszkają na Śląsku. Comber, czyli spotkanie kobiet, najczęściej bez specjalnej okazji, dla przyjemności własnej, by poopowiadać, zjeść coś dobrego, wypić również, jak któraś ma ochotę, ponarzekać na mężczyzn, szczególnie swoich, pokrzepić się wzajemnie podobnym patrzeniem na wiele spraw, dodać sobie wartości, utwierdzić się w przekonaniu, że jako kobiety potrafimy radzić sobie z życiem i pracą, ale by osiągnąć połowę splendorów, które mają mężczyźni, musimy być co najmniej dwa razy lepsze.
     Sabat u Doroty bywa szczególnie sabatowaty: na wsi, w pałacu, z wieloma atrakcjami i z najprawdziwszymi czarami o północy. Uczestniczki znają program w zarysach. Bo jest program, to żadne pogaduchy do poduchy, wszystko wedle planu z wielkim zapasem na improwizację. Nie zdradzę, co będzie dzisiaj. Być może o tym napiszę jutro.

     Pamiętam jeden z takich sabatów w upalną sierpniową noc, więc w parku pałacowym. Wielka gala, prawdziwe szampany. Przy wypowiadaniu pierwszego zaklęcia w stylu „Hejże siostry, siostry, wiedźmy, czarodziejska nasza moc….” piorun walnął w transformator i zgasło światło w parku i pałacu. Zerwała się wichura, więc biegłyśmy pod dach, boso, trzymając szpilki w rękach. Rozsiadłyśmy się przy kominku, otoczyłyśmy się kandelabrami, po czym sącząc szampana, rozprawiałyśmy o naszych doświadczeniach. Koło drugiej w nocy miauknęłam, że napiłabym się gorącej herbaty, a i zjadłabym coś ciepłego z przygotowanych potraw. Niestety, wszystko było na elektryczność, której nie było.
      – W pałacu jest dodatkowe zasilanie, uruchomimy – zdecydowała Dorota.
Ale nikt nie wiedział jak. Dorota zatelefonowała do męża, który na czas naszego sabatu wyjechał na Bali albo jeszcze dalej. Mąż tłumaczył przez głośno mówiący aparat, gdzie mamy zejść i co zrobić. Znalazłyśmy  wprawdzie wejście do kazamatów, ale uruchomienie maszynerii przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Nie udalo się.
Wróciłyśmy zawiedzione i zaczęłyśmy wyjadać na zimno to, co miało być na ciepło. A po zjedzeniu znów nam się zachciało gorącej herbaty.
        – Dziewczyny! – wrzasnęłam – przecież tu jest mikrofalówka, więc można w niej zagotować wodę.
 – Cudownie, że też wcześniej na to nie wpadłyśmy, jesteś genialna, Marto – piszczały na przemian.
 Czułam się tak, jakbym wymyśliła co najmniej proch i zasługiwała na podwójnego Nobla.
Udałyśmy się wszystkie do kuchni, napełniły wodą dzbanek i nastawiły mikrofalówkę na określoną liczbę minut.
     Reszty się domyślacie.
Rozbawiło nas to bardzo, wpadłyśmy w jeszcze lepszy nastrój i bawiły się do świtu. Potem wszystkie padłyśmy w poprzek łóżeczek jak Królewny Śnieżki lub inne, ale też królewny. Tylko ja się uparłam, by pojechać do domu, bo najbardziej lubię spać w swoim łóżeczku. Koleżanki mnie odprowadziły, wsiadłam do samochodu, wszystkie machały, czym miały, tylko Dorotka naciskała odpowiednie guziki, by otwarła się brama w murze otaczającym pałac.
Niestety, brama też była na elektrykę, co nas bardzo zdziwiło.

in / 37 Views

6 komentarzy

  • ~nihil novi 17 marca 2007 at 22:18

    hahaha, posikalem sie ze smiechu :). Prosze o relacje z tegorocznego combra, koniecznie!

    Reply
  • ~Renia G. 18 marca 2007 at 10:35

    Dziwne, bo akurat minionej nocy przyśniła mi się Pani… a wokół były wyłącznie kobiety… jestem teraz pod wrażeniem zarówno tego snu, co i powyższej historyjki! 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

    Reply
  • ~Anka Zawodzianka 18 marca 2007 at 23:30

    Hi hi:):):)Uśmiałam się do łez:):):) A tak na powaznie – to jeszcze jeden dowód na to, że kobieta i mążczyzna dopiero razem do kupy stanowią całość:):):)wiem, wiem – to teza dziś mocno tracąca na popularności, dlatego też (chociaż jestem kobietą niezależną, silną niebywale, o czym miałam okazję się wiele razy w życiu przekonać -i konkretną) nigdy nie będe idolką feministek. Zbyt wielka we mnie potrzeba, by dzielić sukcesy i porażki, radości i smutki z moim męskim „odpowiednikiem”:). A’propos „odpowiednika” – mój Adaś jest dość nietypowym mężczyzną – mianowicie dlatego, iż świetnie gotuje, orientuje się niezgorzej w najnowszych trendach mody (czym strasznie mnie wkurza, bo wiecznie zabawia się w mojego stylistę), zna się (o zgrozo!) na manikiurach (czy tak się to pisze???) i innych cudach… Aby ochronić chociaż jedno małe poletko dla siebie, wygoniłam go ostatnio z kuchni, z zamiarem przygotowania mojego popisowego dania: faszerowanych pomidorów…Wymaga to nieco pracy, spedziłam więc w kuchni bite dwie godziny męcząc się nie tylko z farszem, ale i z samym zainteresowanym, pilnując, by nie przekraczał magicznego progu.Kiedy już triumfalnie władowałam naczynie z pięknie nafaszerowanymi pomidorami do piekranika, opadłam obok niego na kanapie we wdzięcznej pozie madonny i orzekłam, że sam zapach uniesie go do nieba bram…(a moja babska duma zostanie ocalona).Po upływie ok. pół godziny skonstatowałam, iz żaden zapach – ani poagński, ani tym bardziej niebiański – nie tylko nie unosi do nieba Adasia, ale nawet nie unosi się w powietrzu…Tknięta nagłym przeczuciem pobiegłam do kuchni (a nie był to dystans imponujący, powierzchnia mojego mieszkania wynosi bowiem 32,60 m kw.) gdzie stwerdziłam iż piekarnik jest: a) ciemny, b) zimny…. Zastrajkował, skubany, jako przedstawiciel rodzaju męskiego chyba, solidaryzując się z panem domu… Koniec końców musiłam jednak mężczyznę wpuścić do kuchni – piekarnik wszak potrafię zapełniać, ale nie naprawiać… I tak oto Pani Marto, jeśli chciało się pani dotzreć do końca mojego przydługiego (wiem, wiem) komentarza, docieramy razem do konkluzji, że bez chłopa ani rusz… I co najgorsze – mnie się ta konkluzja szalenie podoba:):):) Pozdrawiam przy okazji Pana Janusza:) I Mordka – bo to też facet:)

    Reply
    • ~Anka Zawodzianka 18 marca 2007 at 23:35

      To jeszcze raz ja…Dopiero teraz widzę, ile literówek po drodze nasiałam – i nie tylko – przepraszam – to z pośpiechu w pościel, bo jutro mamy bardzo wcześnie spektakl dla dzieci, a ja zamiast unosić się wdzięcznie w senych mgłach tkwię jak ta żona Lota przed monitorem… To ja już spływam…I pozdrawiam:)

      Reply
    • ~marta 19 marca 2007 at 08:01

      Aniu Zawodzianko, oczywiście z wielka przyjemnością przeczytałam wszystko, przy okazji napisz, czym faszerujesz te pomidory. A na marginesie dodam, ze ani Janusz ani Mordek nie znają się na elektryce, a szkoda, kiedyś może napisze o awarii światła w moim domu, hihi. Buziaczki.

      Reply
  • ~acco 19 marca 2007 at 10:26

    A mnie „comber” jakoś tak kulinarnie się kojarzy. Ale to dzwony z nie wiadomo którego kościoła. Bo tak właściwie to ja się na tym nie znam. Znaczy na kulinariach się nie znam. Na gwarze śląskiej z resztą też nie. Pozdrawiam

    Reply
  • Napisz swoją opinię

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *