Teatr

„Nad Niemnem” w Teatrze Konesera

„Nad Niemnem” w Teatrze Konesera

Jak współcześnie odczytać „Nad Niemnem”? Jak przenieść na scenę tę opasłą powieść, pokazującą społeczność w ćwierć wieku po klęsce powstania styczniowego? Jak dokonać skrótów i zachować wszystko, co najważniejsze, nie omijając nawet opisów przyrody, które tak chętnie się omijało podczas lektury? Jak nie zrobić przedstawienia, które byłoby li tylko historycznym i patriotycznym dokumentem? Jak pokazać międzypokoleniowy spór, by wybrzmiał on współcześnie? Jak zagospodarować przestrzeń sceniczną, by zmieścił się w niej i salon z szezlongiem, i fortepianem, i chłopskie gospodarstwo, i zamglona rzeka, bogata roślinność, plastry miodu, zwierzęta, wozy, powozy, i co tam jeszcze? Jak pokazać rodzące się uczucie, pogrzebane uczucie, zazdrość, żałobę, nudę, konwenanse, podziały społeczne, bohaterską przeszłość, legendę, pracę, marzenia, pustkę emocjonalną, i co tam jeszcze?
Jak ożywić wyobraźnię widza, by podczas prawie 4-godzinnego spektaklu ani razu nie zerknął na zegarek i się nie zdrzemnął?  No jak?
Tak, jak zrobił to zespół Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Punktem wyjścia dobra adaptacja i dramaturgia (Hubert Sulima), także reżyserska wizja inscenizacji (Jędrzej Piaskowski), do tego odpowiednia scenografia i kostiumy, tudzież zagospodarowanie przestrzeni scenicznej (Anna Met), no i przednie aktorstwo.
*
Co mnie urzekło w przedstawieniu?
*
Subtelność przejawiająca się w różnych płaszczyznach spektaklu. Na przykład w sposobie prowadzenia rozmowy, wypowiadania kwestii, poszczególnych słów, na przydechu, bez podnoszenia głosu, spokojnie, nieśpiesznie, czasem leniwie, z dbałością o elegancję poszczególnych fraz. Poddawałam się tej płynności narracji i czułam, jak i ja przestaję się w środku śpieszyć, jak dostrzegam piękno języka, umiejętność nazywania emocji i potrzeb.
*
Brak patosu i moralizatorskiego tonu
, choć była ku temu okazja. Można było przecież po polsku rozdrapywać rany i martyrologicznie się katować. Albo upajać się pozytywistycznymi ideami lub ganić kosmopolityczną postawę. O sprawach najtrudniejszych rozmawia się tu z przejęciem, poważnie, ale i z filozoficznym dystansem.
*
Przełamywanie realizmu przedstawienia jego teatralnością uwidocznioną w kreowaniu postaci, które „wychodzą” z roli, stając się narratorem/ komentatorem samych siebie, z pierwszej osoby liczby pojedynczej płynnie przechodzą w trzecią, dzięki czemu mogą patrzeć z boku i z tej perspektywy widzieć swoje działania. Na przykład Justyna Orzelska (Justyna Janowska) rozmawia z Anzelmem Bohatyrowiczem, ale już w chwilę potem, nawet nie odchodząc od rozmówcy, staje się narratorką, opisującą swoje myśli. Ta „sztuczność” bynajmniej nie odbiera rangi roztrząsanym sprawom, nie umniejsza ich, a co jeszcze ważniejsze, nie ośmiesza. Teatralność  spektaklu podkreślana jest także umowną scenografią i różnorodnym zagospodarowaniem przestrzeni scenicznej równie umownymi znakami.
*
Posługiwanie się konwenansami i jednoczesne karykaturowanie ich. Przechodzenie od realizmu do farsy, od nuty poezji podsycanej muzyką i zwierzeniem, do gwałtownych gestów i nawet wrzaskliwych tonów. Od powagi do zabawy okraszonej sentymentalnymi popisami, jak w sielskim dzieciństwie, kiedy to każdy chce się zaprezentować najlepiej (scena z weselnymi śpiewkami). Czasami nie miałam pewności, czy to żart, czy manifestacja, że w teatrze jest wszystko możliwe, realizm z weryzmem, magia z realizmem, romantyzm z pozytywizmem. Kpiny w tym nie było na pewno, bo czułość rozlewająca się jak mgła nad rzeką ją wykluczała.
*
Doskonałe aktorstwo. Najbardziej urzekła mnie Marta Korczyńska, grana przez Martę Ledwoń, prezentująca błyskotliwie całą skalę emocji i zachowań. Podobnie Emilia (Edyta Ostojak) i Benedykt (Włodzimierz Dyla). Każdy z aktorów miał na scenie swoje pięć minut. Także Jadwiga Domuntówna, grana przez Hankę Brulińską.
*
Wreszcie powaga i humor. To też udało się realizatorom udało połączyć, dzięki czemu nie tyle odbiera się wagi sprawom, co je uwypukla, zbliżając tamte problemy do współczesnych, i przez to w odległej epoce widz może odnaleźć siebie.

*Spektakl oglądałam w Teatrze Konesera, który powstał z inicjatywy jego dyrektora, Tomasza Kordona, i działa w Teatrze Śląskim. Dzięki tej inicjatywie oglądam spektakle dla „smakoszy” teatralnych, prezentowane gościnnie w Katowicach.

in / 469 Views

1 komentarz

  • JZNUSZ 18 marca 2022 at 19:11

    Jak zwykle Twój komentarz aż zachęca do zobaczenia spektaklu !

    Reply
  • Napisz swoją opinię

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.