Codziennik

Laptop u pana doktora

Rano nie uruchomiłam laptopa. Międlił, kręcił, wreszcie się zawiesił i ani tu, ani z powrotem. Nawet Januszek nie pomógł, choć on moim komputerowym guru. Tak więc pojechałam z laptopem do doktora, zobaczymy, co mu dolega. Swoje lata ma, ostatnio chodził jak wół. Uparłam się, by nie przechodzić na system Windows 10. Może to błąd.
Wnuk mnie pocieszał, że pan doktor na pewno poradzi na nieskończoną ilość procent. Nie zapisywałam ostatnich tekstów na pendrive.

Obiecałam sobie, że kupię dysk zewnętrzny, taki, który automatycznie wszystko zapisuje. Szkoda mi czasu na odzyskiwanie archiwizowanej poczty. Czy poradzę sobie, gdybym jej nie odzyskała? Zapewne tak. Bo gromadzę, a potem się okazuje, że bez tego można żyć, a nawet wygodniej, bo lżej.
Tak czy owak, jestem dzisiaj ogłuszona. Mój plan dnia został zabałaganiony. Byłoby to jakieś rozwiązanie, by poleniuchować, ale wiadomo, że nie ma nic smutniejszego niż konstatacja pod koniec dnia, że się go przeputało. Piszę teraz na innym laptopie, który niby był Januszkowy, choć on prawie  z niego nie korzystał, bo woli tradycyjny, z dużym ekranem i o mocy Herkulesa.
Czekam na wiadomość od pana komputerowca. By sobie czekanie skrócić, idę smażyć mielone kotlety. Te mi nigdy niespodzianek nie wyrabiają, zawsze smakują, choć za każdym razem ciut inaczej, choć przygotowuję je tak samo.

in / 43 Views

Brak komentarzy

Napisz swoją opinię

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *