Teatr

Wij się Wiju, wij

Wij

„Ale wija” mawiają młodzi. W slangu słowo „wija” oznacza zadymę, awanturę, ale taką w teatralnym wydaniu, gdzie jest na co popatrzeć i czego posłuchać bardziej niż się bać. Cóż takiego jest w opowiadaniu Mikołaja Gogola o tytule „Wij”, że sięgali po niego twórcy filmu w latach dawnych (rok 1909, 1918, 1967), a także i teraz: film z roku 2014 w reżyserii Olega Stepczenko.
Co urzekło w tym opowiadaniu Łukasza Kosa, który zaadaptował go i wyreżyserował w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu? W rozmowie z Joanną Tomzik-Kawalec, zamieszczonej w programie teatralnym, reżyser mówi, że najbardziej uwiodła go tajemnica, którą Gogol utrzymuje do ostatniej strony, jak również tropienie w człowieku diabła, który „zawsze jest o krok do przodu”.
Kim jest tytułowy wij, nie wiadomo. Nikt go nie widział, choć z gawęd wynika, że krzyżuje ludzkie plany i ciągnie ku złu. Być może to wytwór naszej wyobraźni, próbującej personifikować zło. Realizatorzy spektaklu stawiają podobne pytania jak Gogol i tylu innych po nim i przed nim. Próbują tropić w człowieku diabła. Odpowiedzi jednoznacznej być nie może, to oczywiste.
Zło bardziej fascynuje niż dobro, to prawda. „Na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie?” mówi Wolnad do Mateusza Lewity w „Mistrzu i Małgorzacie”. Manichejski dualizm zakłada, że walka między światłem i ciemnością toczy się jak świat światem, także w człowieku, który ma dwie dusze, jedną związaną z dobrem, drugą ze złem

Historię trzech kijowskich studentów, szukających noclegu, opowiada narrator-Gogol, znajdujący się zawsze gdzieś z boku, na stronie (Krzysztof Korzeniowski). Gawęda Ilustruje, dopowiada wydarzenia rozgrywające się na scenie. Niby to uzasadniony inscenizacyjnie pomysł, bo przecież wieczorne opowieści, snute przy kominku czy palenisku, skupiały i łączyły ludzi, wzbudzając w nich katarktyczne dreszcze, ale w sosnowieckim spektaklu nie przełożył się on na stworzenie nastroju, który wywołałby najprawdziwszy lęk i potrząsnął widzem. Narrator, ucharakteryzowany na Gogola, którego znamy z rycin, był dla mnie opowiadaczem, bezpiecznie przyglądającym się z boku szatańskim mocom i zagubionym w samotnych wyborach ludziom.
Filozof Choma Brutus (Aleksander Blitek), poddany zostanie próbie. Będzie walczył ze złymi mocami i opętanie zagra niezwykle prawdziwie, bez nadmiernej ekspresji, wypośrodkowując pomiędzy chłopięcą niewinnością, zadziornością i chęcią sięgania po zakazany owoc, czymkolwiek by był.
Jakimi środkami inscenizacyjnymi, które nie konkurowałyby z filmowymi efektami, wykreowanymi komputerowo można byłoby zrobić w teatrze horror? Kto by się go dzisiaj bał? W „ukraińskim horrorze”, jak sugeruje w podtytule przedstawienia reżyser, nie dostrzegłam, na szczęście, publicystycznych odniesień do sytuacji na Ukrainie, choć akcja teatralnej opowieści została przesunięta bliżej naszych czasów (tuż przed rewolucją) i można by na siłę szukać podtekstów, upolityczniać, nawet dorabiać tezę. Dosłowność zabić mogłaby to, na czym zależało i Gogolowi i reżyserowi, czyli klimat opowieści, skupionej przecież na pytaniach filozoficznych.
Spektakl jest raczej baśniowym przedstawieniem z elementami grozy. Przestrzeń sceniczna jest zatłoczona, jakby objąć miała całe tło kulturowe prawosławnych seminariów, z uduchowionymi filozofami, ukraińskich chutorów, z dzikością tańców i śpiewów, jakby wymieszać miała sacrum z profanum. Mroczność sceny jest uzasadniona (scenografia i kostiumy, Paweł Walicki), łatwiej w nią wpleść pulsujące światło, wydobyć chutliwe sapania i jęki, czy podkreślić pustkę kaplicy. Horror może nam zgotować wyobraźnia i sumienie, które przewietrzymy sparafrazowanym Gogolowskim pytaniem: Czego się boicie, siebie samych się boicie. Ale bez przesady. Musiałabym dorobić ideologię do swoich emocji.
Z adaptacją, jak mawiał Tadeusz Boy-Żeleński, jest jak z kobietą: może być albo piękna albo wierna. Seksistowsko to brzmi, wziąwszy pod uwagę feministyczne poglądy twórcy.
Wierną ta adaptacja nie była.
Zabrakło mi w niej tego, co najważniejsze: owego klimatu, który trzymałby widza w zawieszeniu, wzbudzał metafizyczne emocje. Nie wyszłam ze spektaklu uduchowiona, ze ściśniętym „środkiem”, ani z lękiem, który nakazywałby mi poczuć się odrobiną w kosmosie.
Cóż „pięknego” jest w sosnowieckim „Wiju”, zapytam jakby wbrew temu, co już napisałam.
„Piękna” jest gra aktorów. Prócz wymienionych również pozostałych: Baby – Agnieszka Bałaga-Okońska, Ryszarda Bielicka-Celińska, Wiedźmy i Panienki – Joanna Niemirska, Seminarzystów – Michał Bałaga, Piotr Zawadzki, Teolog Tomasz Muszyński. Także Piotra Bułki i Wojciecha Leśniaka. Świetne są scenki realistyczne z życia chutoru, także śpiewy i ukraińskie tańce. Głosy mają aktorzy Teatru Zagłębia mocne i brzmią wręcz krystalicznie zarówno w chórze, jak i solo (brawo Wojciech Leśniak).
Może i to jest wartością spektaklu, że przez półtorej godziny trwałam w innej rzeczywistości, zasłuchana w brzmienie głosu Gogola-narratora, który mnie na tyle drażnił, że aż do teraz we mnie pozostał, choć od premiery minęły dwa tygodnie.
„Piękna” jest też muzyka Adama Świtały. Kto wie, czy to nie dzięki niej poczułam klimat opowiadania Gogola i zatopiłam się w dźwiękach jak w mantrze, prowadzącej ku dobremu.

Wij, Ukraiński horror.
Tłumaczenie Jacek Partyka
Reżyseria i adaptacja Łukasz Kos
Teatr Zagłębia w Sosnowcu
Premiera 21. 11. 2014.

in / 44 Views

Brak komentarzy

Napisz swoją opinię

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *