Dziennik lektur

Cóż takiego złego zrobił Mariusz Szczygieł?

„Nie wiem, jak inni autorzy, ale ja wiem, co by mnie najbardziej poniżyło. /…/ Otóż najbardziej poniżyłbym się, gdybym zapytał kogoś, kto przeczytał moją książkę: I JAK CI SIĘ PODOBAŁA?”/…/ Widzę w tym jakąś rozpaczliwą prośbę o pieszczotę. Dla mnie byłoby to jak błaganie o seks, kiedy nikt się nie kwapi, żeby cię zaspokoić” – napisał Mariusz Szczygieł w felietonie „Skamlenie o seks” (Książki, Magazyn do Czytania, nr 3, październik 2014).

Nie można było tego lepiej wyrazić.
Myślę tak samo, tyle, że to nie ja znalazłam to obrazowe porównanie i słowa, które kazały mi uznać tę prawdę za swoją. Znacie Państwo to uczucie, kiedy przytakujemy autorowi z satysfakcją tym większą, im więcej własnych myśli znajdujemy w jego pisaniu. Jest w tym rodzaj próżności. Cenię pisanie Szczygła „od zawsze” i „do nadal”, a jeśli odnajduję, że myśli podobnie jak ja, to czuję rodzaj braterstwa, jakby autor był cały po mojej stronie.
Ileż razy mnie kusiło, by zadać to pytanie ( „I jak ci się podobało”). Byłam zadowolona, jeśli się poskromiłam. Jeśli ktoś przeczytał i mu się podobało, sam powie, myślałam. Choć niekoniecznie, bo może tak go skręci z zazdrości, że nic nie powie albo uczepi się nic nie znaczącego drobiazgu, bym czasami nie poczuła się za dobrze. „Zazdrość innych, jest miarą twojego sukcesu”, powtarzałam sobie po cichu, kiedy wyczuwałam, że ktoś się celowo czepia, nie podając bynajmniej argumentów i nie dążąc do rozmowy. Jeśli ktoś pochwalił, czyli pogłaskał, dziękowałam z uśmiechem, najczęściej słowami: – Dziękuję, że mi to mówisz, autorowi potrzebne jest wsparcie czytelnika, bez niego przecież nie istnieje w pełni, jak aktor bez widowni.

Jest jeszcze druga strona medalu, o której pisze Szczygieł. I tutaj też się zgadzam z autorem i przyklaskuję obiema rękami.
I mnie przecież pytają: Podobało ci się? Co odpowiedzieć, jeśli nie? Jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji? Przecież wiadomo, że autor czeka na pochwałę, nawet wówczas, kiedy prosi o tzw. krytykę, deklarując, że zniesie wszystko, bo uznaje mnie za autorytet i chce się czegoś nauczyć. Nie wierzę w te deklaracje. Nigdy. Dałam się nabrać kilka razy i wyciągnęłam wnioski. Pytanie „podobało ci się” jest zbliżone do „a kochasz mnie jeszcze”. Mariusz Szczygieł podaje swoją „formułę” na tego typu pytania, która uspokaja pytającego, a pytającemu pozwala wybrnąć z matni bez szwanku i nie narazić się na żarłoczność autorów, szczególnie poetów, którzy nigdy nie zadowolą się jedną pochwałą, ponieważ ich „żarłoczność” i „zachłanność” nie zna granic.
Bardzo utożsamiam się z refleksjami Mariusza Szczygła. Są kolejną celną odpowiedzią na moje doświadczenia.

Tymczasem otwieram oczy ze zdumienia, gdy czytam wpis w blogu blogerki piszącej o książkach. Ceni reportaże Szczygła, co wielekroć podkreśla, ale za refleksje zawarte w tymże felietonie osądza go od czci i wiary. Zarzutom nie ma końca. Szczygłowi się „udało” i to jest jego główną wadą. Startował przecież w czasach, kiedy od razu zostawało się szefami i robiło błyskawiczne kariery. Teraz jest inaczej, rozpisuje się blogerka: trzeba harować, mieć znajomości, prosić o blurby na książkę kogoś z nazwiskiem. I psim obowiązkiem każdego, kto ma to nazwisko jest pomagać temu, kto go nie ma, ale pragnie je sobie wyrobić, by zaistnieć, jak nie przymierzając Szczygieł. Każdy powinien mieć szansę owego zaistnienia, a nie każdy ją ma, poucza blogerka Szczygła. Szansę mają przede wszystkim córki poetek znanych, żony dziennikarzy też znanych, itp. Inni zdolni i genialni skazani są zazwyczaj na odrzucenie. Blogerka poucza: Gdyby pan zaznał porażki odrzucenia, „może wtedy otrząsnąłby się Pan i nie napisał takich głupot”. Mało tego. Od potępienia przechodzi do podania pozytywnego przykładu. Swojego oczywiście. Otóż blogerka nigdy nie odmówiła początkującemu pisarzowi przeczytania książki. Jest uczciwa w opiniowaniu i nie zawsze pisze pozytywne recenzje. Ma także nadzieję, że następnym razem, czyli po tej reprymendzie, Mariusz Szczygieł się opamięta i będzie reagował łaskawszym „okiem”, kiedy ktoś go poprosi o opinię. Zdaniem blogerki Szczygieł lata wysoko i oślepiony blaskiem stracił ostrość widzenia.

Cóż robi Mariusz Szczygieł?

Zamieszcza komentarz. Przeprasza i tłumaczy, że Pani blogerka w ogóle nie zrozumiała jego felietonu. Mówi o tym, jak pomaga innym. Wreszcie zaprasza ją na rozmowy do Wrzenia świata. Tłumaczy się, ponieważ, jak mówi: „Jakoś mnie to poruszyło”.

Błąd, myślę sobie.
Popełnił Pan błąd, proszę Pana.
Napisał Pan felieton, który jest osobisty, jak to felieton. Po napisaniu i wydrukowaniu tekstu staje się on własnością czytelników, nie Pana. Czytelnicy mogą z nim zrobić, co zechcą, zachwycić się, odrzucić. Czytelnik ma zawsze rację, nawet jak jej nie ma. Pan pozostaje tylko właścicielem praw autorskich, więcej nic. Jako autor zrobił Pan swoje. Może Pan się zżymać na negatywne opinie i głupoty, ale czy warto podejmować rozmowę, skoro nie dotyczy ona właściwie Pana felietonu, odbywa się obok niego?
Naprawdę, nie jest Pan słoniem, ani wielbłądem, tylko Szczygłem.
Tylko że w Panu tyle dobroci. I chciał Pan wytłumaczyć blogerce, która jeszcze nie lata wysoko.

To jeszcze nie koniec, proszę Państwa.
Blogerka pisze kolejny tekst.
„Mariusz Szczygieł swoimi komentarzami sprawił, że się wstydzę”.
O, myślę, są jeszcze ludzie, którzy pozwolą sobie wytłumaczyć i próbują zrozumieć. Od razu czuję się lepiej.
O, naiwności moja.
„Jest mi wstyd, że muszę Panu tak literalnie teraz napisać, że popełnił Pan niestosowny tekst. Obrażający wielu ludzi. A w każdym razie mnie i o moich uczuciach piszę. Tak koszmarnie nieempatyczny i zadufany w sobie tekst”.
Dalej następują kolejne reprymendy, których już nie zacytuję.
Niestety, jak słyszę, że „obrażane są uczucia”, robi mi się najzwyczajniej niedobrze.

Pomijam już, że felieton Mariusza Szczygła bynajmniej nie jest o tym, o czym pisze blogerka na większości stron. Odnosząc się jednak do zarzutów, próbuję być empatyczna i wyobrażam sobie znanego autora, który dostaje tygodniowo po kilka załączników z powieściami i tomikami wierszy oraz z prośbą o recenzję lub blurb. Czy znany autor z racji, że jest znany powinien czytać te setki stron? Czy starczy mu wówczas czasu na pracę własną? Czy znany autor ma, za przeproszeniem, „etat” na czytanie maszynopisów i wydawanie opinii?
O podobnych dylematach pisał Stefan Chwin w „Kartkach z dziennika” i w „dzienniku dla dorosłych”. Także Jerzy Pilch w „Moim pierwszym samobójstwie”.
To wydawca się zwraca do znanego autora z prośbą o blurb. Jeśli oczywiście widzi potencjał w przyjętej do druku książce. Nie przypominam sobie, by dzięki opinii kogoś znanego debiutant odniósł wielki sukces. Chociaż… tak, kiedyś Czesław Miłosz bardzo pochwalił „Pannę Nikt” i autor zabłysnął. Stał się gwiazdą. Ale gwiazdy mają to do siebie, że gasną.

Rozumiem, każdy kiedyś zaczynał. Ja też. Pisałam o tym w ostatniej mojej książce „Autoportret z Lisiczką”.
Jednak, proszę wybaczyć, roszczeniowość niektórych ludzi wprawia mnie w osłupienie.
W dobie Internetu, upadku autorytetów, w czasach, kiedy większość marzy o sukcesie, który najlepiej by spadł z nieba, jak manna, trzeba nauczyć się stawiać granice. Bez nich ani rusz, wejdą, zafajdają, oplują, a potem zmienią adres elektroniczny.

in / 62 Views

4 komentarze

  • ~Jola 3 października 2014 at 20:38

    Dziękuję za ten i wszystkie wcześniejsze teksty. Jak dobrze jest czytać takie słowa w tym zwariowanym swiecie. Jak dobrze jest wiedzieć, że są tacy ludzie jak Pani, którzy myslą normalnie i nie dają się zwariować tej okrutnej rzeczywistości, którzy cenią sobie słowo i czytelnika. To balsam na moje skołatane serce. Dziękuję bardzo! Pozdrawiam. Jola
    P.S.Pan Mariusz Szcygieł zbyt łagodnie potraktował tę panią blogerkę. To co napisała, niestety świadczy tylko o niej!!!

    Reply
    • Marta 8 października 2014 at 20:09

      Bardzo to miłe slowa, dziękuję i ja.

      Reply
  • ~Ania 28 października 2014 at 18:46

    To że Szczygieł jest zadufany w sobie to małe piwo, ale ty to już jest tak zadufana, że niczego poza czubkiem własnego nosa nie widzisz. Wstyd!

    Reply
    • Marta 28 października 2014 at 19:33

      Ciekawa jestem do kogo odnosi się ten komentarz? Czy do mnie, czy też do autorki bloga, która M. Szczygła przywołuje do porządku. Jeśli do mnie, to nawet mnie cieszy, ze postrzega mnie Pani, pani Anno jako zadufaną. Jest mi to na rękę jako pisarce. Cóż to za pisarz bez zadufania, zapatrzenia w siebie? Nie wstydzę się tego ani trochę. Podała Pani wymyślony adres. To charakterystyczne dla osób, u których odwaga jest tania tylko w Internecie.

      Reply

    Napisz swoją opinię

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *